Moda na gordonki

Powiem Wam coś, co dla wielu stałych bywalców zajęć dla dzieci może zabrzmieć niepokojąco: większość zajęć „gordonowskich”, które dziś działają w Polsce z teorią uczenia się muzyki Edwina Gordona ma tylko trochę wspólnego. Nie chodzi wyłącznie o nowo powstające miejsca – to zjawisko dotyczy sporej części rynku. Dobry marketing, sympatyczna atmosfera i przekonanie, że skoro dziecko się śmieje, a rodzic wychodzi zadowolony, nie znaczy że wszystko działa. I chcę Wam tutaj po części napisać, jak to się dzieje że na rynku powstaje coraz więcej zajęć, które dobrze wyglądają, a coraz mniej takich, które faktycznie rozwijają dziecko muzycznie.

Metoda czy teoria gordonowska

Zanim przejdziemy dalej, jedna rzecz jest kluczowa dla zrozumienia całego zjawiska: nie istnieje coś takiego jak „metoda Gordona”. Jest teoria uczenia się muzyki – ogromny, rzetelny dorobek badawczy o tym, jak dzieci rozwijają się muzycznie, czym jest audiacja, jakie są etapy tego rozwoju i jak prowadzić muzycznie dziecko w każdym z nich. Gordon zostawił nam mapę, nie zostawił gotowej trasy do przejścia krok po kroku. To oznacza, że każdy prowadzący powinien sam, na bazie teorii uczenia się muzyki zbudować swój warsztat. Musi dobrać materiał muzyczny, sposób prowadzenia zajęć, tempo pracy z grupą. Niestety łatwo o rozjazd między tym, co ktoś nazywa „gordonkami”, a tym, co faktycznie ma oparcie w teorii. Z zewnątrz, przez pierwsze kilka tygodni, może to wyglądać identycznie.

To, co widać na zajęciach, to najmniejsza część tego, co się na nie składa

Prowadzimy zajęcia gordonowskie od pięciu lat w duecie. Oboje jesteśmy zawodowymi muzykami, po kursach gordonowskich.  I to połączenie, czyli solidny warsztat muzyczny, rzetelna wiedza teoretyczna i praca w parze (o czym sam Gordon zresztą pisał jako o optymalnym modelu prowadzenia zajęć) sprawia, że to, co dzieje się w naszej sali naprawdę działa. Kiedy ktoś przychodzi do nas po raz pierwszy, przeżywa często coś w rodzaju szoku. Przez pół godziny śpiewamy piosenki, których ci ludzie nigdy w życiu nie słyszeli, wprowadzamy rytmy, które dla przeciętnego dorosłego są zupełnie niezrozumiałe, bo nie pasują do niczego, co zna z radia czy dzieciństwa. Dla dorosłego jest to trochę dziwne, ale co jeszcze bardziej dziwne, też bardzo odprężające. A dziecko, nawet bardzo małe czuje się na tych zajęciach świetnie. Słucha, obserwuje wszystko z ogromną ciekawością a atmosfera w sali jest luźna i bezpieczna, jest tam po prostu swojsko i naturalnie.

Jednak to, co widać na pierwszy rzut oka to może dziesięć procent tego, co naprawdę dzieje się w tym czasie. Reszta jest niewidoczna, bo rozgrywa się zanim jeszcze wejdziemy do sali. Każde zajęcia mają swój scenariusz, który wcześniej układamy: kolejność tego, co śpiewamy, jakie rytmiczanki wykonujemy, kiedy wracamy do znanego motywu, jak balansujemy materiał w różnych skalach i metrach dla konkretnej grupy na konkretnym etapie jej rozwoju. Nic w tym nie jest przypadkowe, choć na sali wygląda to całkiem swobodnie i spontanicznie. To wiedza i wyczucie budowane latami, na kursach, w praktyce i na błędach, których nikt z Was nigdy nie widział, bo poprawialiśmy je w ciszy, poza salą.

Niektórzy myślą, że to jest łatwe

I tu zaczyna się mechanizm, który obserwujemy z coraz większym niepokojem. Osoby, które uważają, że to, co robimy da się łatwo powtórzyć, to zwykle ludzie mający jakiś kontakt z muzyką. Skończona szkoła muzyczna, studia muzyczne albo po prostu ładny głos i sprawne ręce do gry na instrumencie, bez żadnego formalnego wykształcenia. Te osoby przychodzą na nasze zajęcia, czasem z własnym dzieckiem, czasem oglądają nagrania, które publikujemy i widzą kogoś, kto swobodnie operuje głosem a dzieci reagują na to entuzjastycznie. Brakuje im jednak porządnego kursu gordonowskiego i zrozumienia teorii uczenia się muzyki, na której to wszystko się opiera. Bez zrozumienia podstaw łatwo dojść do wniosku, że prowadzący powinien umieć ładnie śpiewać, reszta jest kwestią pewności siebie i znajomością kilku fajnych piosenek. Wygląda to na łatwy, przyjemny biznes.

I szczerze mówiąc, doskonale to rozumiem, bo my również z Adasiem przez to przeszliśmy. Kiedy zaczynaliśmy prowadzić zajęcia gordonowskie (jeszcze w trakcie kursu), też myśleliśmy że to jest proste. Jednak im głębiej wchodziliśmy w teorię, tym wyraźniej widzieliśmy, jak ogromną wiedzę trzeba mieć, żeby dobrze prowadzić muzycznie malutkie dzieci. Powiem więcej – zajmujemy się też formalnym nauczaniem gry na instrumencie starszych dzieci i szczerze uważam, że prowadzenie zajęć umuzykalniających dla niemowląt i małych dzieci jest trudniejsze. Przy starszym dziecku, które gra na instrumencie mamy nuty, jasną strukturę, mierzalny postęp. Przy rocznym dziecku mamy tylko swój słuch, intuicję i wiedzę o tym, jak działa rozwój muzyczny –  na tym trzeba zbudować sensowną strukturę zajęć, obserwując reakcje, których nie da się jednoznacznie odczytać.

Kiedy brakuje fundamentu, przychodzą schody

 Osoba która zafascynowała się gordonkami otwiera swoje zajęcia. Na początku stara się robić to tak, jak widziała u nas albo u innych, wykwalifikowanych instruktorów gordonowskich – bez słów, bez instrumentów, na materiale muzycznym w różnych skalach i różnym metrum. Przez pierwsze tygodnie wszystko wygląda nieźle. Ale bez zrozumienia teorii uczenia się muzyki, bez wiedzy o etapach rozwoju muzycznego dziecka i o audiacji, coś zaczyna się psuć. I wtedy zaczynają się schody. Rodzice nie zapisują dzieci na kolejne gordonki bo trochę nie widzą sensu przychodzenia na te zajęcia. Robi się coraz więcej chaosu, dzieci się rozpierzchają, trudno utrzymać ich uwagę. Prowadzący nie bardzo rozumie, co poszło nie tak, bo przecież stara się robić dokładnie to, co widział i z jego perspektywy wszystko jest dobrze.

I to jest dokładnie ten moment, w którym pojawia się pokusa najprostszego rozwiązania: dzwoneczki, shakery, ukulele, znana wszystkim piosenka ze słowami, żeby dorośli mogli razem zaśpiewać i poczuć, że coś im wychodzi. To działa natychmiast! Rodzic jest zadowolony bo w końcu rozpoznaje coś znajomego, zajęcia wyglądają efektownie. Tylko że to jest właśnie ta łatwizna, przed którą przestrzegamy. Instrumenty, słowa, znane melodie same w sobie nie są złe, ale wprowadzone zbyt wcześnie zabierają dziecku coś bardzo ważnego – przestrzeń do rozwijania audiacji, czyli zdolności słyszenia i rozumienia muzyki „w głowie”, zanim jeszcze będzie umiało ją zaśpiewać czy zagrać. Kiedy dorosły wypełnia tę przestrzeń gotowym, gorszym w kontekście rozwojowym materiałem, robi to zwykle po to, żeby samemu poczuć się lepiej na zajęciach a nie dlatego, że to służy dziecku.

Nazwa ma znaczenie

Musicie wiedzieć, że każda ekspozycja dziecka na żywą muzykę jest dobra. Zajęcia, na których dorosły śpiewa z dzieckiem, gra na instrumencie, tworzy wspólną chwilę przy muzyce, nawet jeśli nie mają wiele wspólnego z teorią Gordona – mają wartość. Problem nie leży w tym, że ktoś, kto zachwycił się dobrymi zajęciami gordonowskimi, otwiera własne zajęcia umuzykalniające, inspirowane tym, co zobaczył. Problem pojawia się wtedy, kiedy nazywa je „gordonkami”, nie mając do tego solidnych podstaw. To jest wprowadzanie rodzica w błąd, bo rodzic zapisuje dziecko z konkretnym oczekiwaniem a dostaje coś zupełnie innego pod tą samą nazwą.

I chcę tu też mocno podkreślić, że jeśli ktoś prowadzi zajęcia, które nie są jeszcze najwyższej jakości, ale jednocześnie jest w trakcie porządnego, rocznego kursu gordonowskiego albo planuje go w najbliższym czasie – bardzo mocno mu kibicujemy. To piękna droga, sami nią przeszliśmy i wciąż nią idziemy, bo nasze zajęcia nie są doskonałe i wciąż się uczymy (ale to temat na zupełnie inny tekst). Odkrywanie kolejnych warstw teorii uczenia się muzyki, których wcześniej się nie zauważało, jest jedną z najbardziej satysfakcjonujących rzeczy w tej pracy. Jest fundamentalna różnica między kimś, kto się rozwija w stronę rzetelności a kimś, kto zatrzymuje się na etapie skopiowanej formy i nazywa to gotowym produktem.

Jak rozpoznać dobre zajęcia gordonowskie

Jako rodzice nie musicie znać teorii Gordona, żeby wybrać dobre miejsce dla swojego dziecka. Nie polecamy przepytywania prowadzącego z wykształcenia przy wejściu do sali – to niezręczne i niewiele wnosi, bo każdy powie że ukończył jakiś kurs. Znacznie więcej powie Wam samo obserwowanie zajęć. Oto na co warto patrzeć:

– Czy w sali są instrumenty.

Na dobrych zajęciach gordonowskich dla niemowląt i małych dzieci instrumentów zwykle nie ma wcale albo pojawiają się bardzo rzadko i świadomie. Ich stały, częsty udział w trakcie zajęć to sygnał, że ktoś sięga po szybki efekt zamiast po proces. Jednak jeśli instrumenty pojawiają się po zajęciach nie miej obaw, może to być ciekawa i wartościowa forma zaznajamiania się dziecka z brzmieniem instrumentów.

– Czy piosenki i rytmiczanki są w większości bez słów.

Melodie i rytmiczanki bez tekstu pozwalają dziecku skupić się na warstwie muzycznej, zamiast na języku.

– Czy zajęcia są spokojne, czy przypominają show.

Dobre zajęcia gordonowskie nie mają w sobie efekciarstwa. Jest spokój i skupienie.

– Czy są momenty ciszy.

Cisza podczas zajęć gordonowskich to nie przypadek ani niezręczna przerwa. To świadomie dany dziecku czas na to, żeby usłyszaną muzykę „przetworzyć” w głowie, zanim padnie kolejny dźwięk.

– Czy prowadzący reaguje na dziecko w sposób muzyczny.

Kiedy dziecko wydaje jakiś dźwięk, gaworzy, porusza się w trakcie muzyki wykwalifikowany prowadzący odpowiada mu muzycznie, śpiewem czy ruchem, zamiast słowną pochwałą albo przejściem od razu do kolejnej piosenki.

– Czy uwaga prowadzącego jest skierowana na dzieci, czy na dorosłych.

To bardzo czytelny sygnał. Jeśli prowadzący cały czas patrzy na rodziców, szuka ich uśmiechu, żartuje głównie do nich – to zajęcia są w gruncie rzeczy dla dorosłych. Dobry prowadzący obserwuje dzieci, reaguje na nie, a rodzicom daje spokojną przestrzeń do bycia obok.

– Jak czuje się Wasze dziecko.

To ostatecznie najważniejsza wskazówka. Nie chodzi o to, czy dziecko cały czas się śmieje i tańczy – na dobrych zajęciach gordonowskich równie często jest po prostu skupione, obserwuje, słucha, czasem siedzi zupełnie nieruchomo. Jeśli czuje się bezpiecznie, jest zaciekawione i chętnie wraca – to bardzo dobry znak, niezależnie od tego, ile dyplomów wisi na ścianie sali.

Powiem Wam coś, co dla wielu stałych bywalców zajęć dla dzieci może zabrzmieć niepokojąco: większość zajęć „gordonowskich”, które dziś działają w Polsce z teorią uczenia się muzyki Edwina Gordona ma tylko trochę wspólnego. Nie chodzi wyłącznie o nowo powstające miejsca – to zjawisko dotyczy sporej części rynku. Dobry marketing, sympatyczna atmosfera i przekonanie, że skoro dziecko się śmieje, a rodzic wychodzi zadowolony, nie znaczy że wszystko działa. I chcę Wam tutaj po części napisać, jak to się dzieje że na rynku powstaje coraz więcej zajęć, które dobrze wyglądają, a coraz mniej takich, które faktycznie rozwijają dziecko muzycznie.

Metoda czy teoria gordonowska

Zanim przejdziemy dalej, jedna rzecz jest kluczowa dla zrozumienia całego zjawiska: nie istnieje coś takiego jak „metoda Gordona”. Jest teoria uczenia się muzyki – ogromny, rzetelny dorobek badawczy o tym, jak dzieci rozwijają się muzycznie, czym jest audiacja, jakie są etapy tego rozwoju i jak prowadzić muzycznie dziecko w każdym z nich. Gordon zostawił nam mapę, nie zostawił gotowej trasy do przejścia krok po kroku. To oznacza, że każdy prowadzący powinien sam, na bazie teorii uczenia się muzyki zbudować swój warsztat. Musi dobrać materiał muzyczny, sposób prowadzenia zajęć, tempo pracy z grupą. Niestety łatwo o rozjazd między tym, co ktoś nazywa „gordonkami”, a tym, co faktycznie ma oparcie w teorii. Z zewnątrz, przez pierwsze kilka tygodni, może to wyglądać identycznie.

To, co widać na zajęciach, to najmniejsza część tego, co się na nie składa.

Prowadzimy zajęcia gordonowskie od pięciu lat w duecie. Oboje jesteśmy zawodowymi muzykami, po kursach gordonowskich.  I to połączenie, czyli solidny warsztat muzyczny, rzetelna wiedza teoretyczna i praca w parze (o czym sam Gordon zresztą pisał jako o optymalnym modelu prowadzenia zajęć) sprawia, że to, co dzieje się w naszej sali naprawdę działa. Kiedy ktoś przychodzi do nas po raz pierwszy, przeżywa często coś w rodzaju szoku. Przez pół godziny śpiewamy piosenki, których ci ludzie nigdy w życiu nie słyszeli, wprowadzamy rytmy, które dla przeciętnego dorosłego są zupełnie niezrozumiałe, bo nie pasują do niczego, co zna z radia czy dzieciństwa. Dla dorosłego jest to trochę dziwne, ale co jeszcze bardziej dziwne, też bardzo odprężające. A dziecko, nawet bardzo małe czuje się na tych zajęciach świetnie. Słucha, obserwuje wszystko z ogromną ciekawością a atmosfera w sali jest luźna i bezpieczna, jest tam po prostu swojsko i naturalnie.

Jednak to, co widać na pierwszy rzut oka to może dziesięć procent tego, co naprawdę dzieje się w tym czasie. Reszta jest niewidoczna, bo rozgrywa się zanim jeszcze wejdziemy do sali. Każde zajęcia mają swój scenariusz, który wcześniej układamy: kolejność tego, co śpiewamy, jakie rytmiczanki wykonujemy, kiedy wracamy do znanego motywu, jak balansujemy materiał w różnych skalach i metrach dla konkretnej grupy na konkretnym etapie jej rozwoju. Nic w tym nie jest przypadkowe, choć na sali wygląda to całkiem swobodnie i spontanicznie. To wiedza i wyczucie budowane latami, na kursach, w praktyce i na błędach, których nikt z Was nigdy nie widział, bo poprawialiśmy je w ciszy, poza salą.

Niektórzy myślą, że to jest łatwe.

I tu zaczyna się mechanizm, który obserwujemy z coraz większym niepokojem. Osoby, które uważają, że to, co robimy da się łatwo powtórzyć, to zwykle ludzie mający jakiś kontakt z muzyką. Skończona szkoła muzyczna, studia muzyczne albo po prostu ładny głos i sprawne ręce do gry na instrumencie, bez żadnego formalnego wykształcenia. Te osoby przychodzą na nasze zajęcia, czasem z własnym dzieckiem, czasem oglądają nagrania, które publikujemy i widzą kogoś, kto swobodnie operuje głosem a dzieci reagują na to entuzjastycznie. Brakuje im jednak porządnego kursu gordonowskiego i zrozumienia teorii uczenia się muzyki, na której to wszystko się opiera. Bez zrozumienia podstaw łatwo dojść do wniosku, że prowadzący powinien umieć ładnie śpiewać, reszta jest kwestią pewności siebie i znajomością kilku fajnych piosenek. Wygląda to na łatwy, przyjemny biznes.

I szczerze mówiąc, doskonale to rozumiem, bo my również z Adasiem przez to przeszliśmy. Kiedy zaczynaliśmy prowadzić zajęcia gordonowskie (jeszcze w trakcie kursu), też myśleliśmy że to jest proste. Jednak im głębiej wchodziliśmy w teorię, tym wyraźniej widzieliśmy, jak ogromną wiedzę trzeba mieć, żeby dobrze prowadzić muzycznie malutkie dzieci. Powiem więcej – zajmujemy się też formalnym nauczaniem gry na instrumencie starszych dzieci i szczerze uważam, że prowadzenie zajęć umuzykalniających dla niemowląt i małych dzieci jest trudniejsze. Przy starszym dziecku, które gra na instrumencie mamy nuty, jasną strukturę, mierzalny postęp. Przy rocznym dziecku mamy tylko swój słuch, intuicję i wiedzę o tym, jak działa rozwój muzyczny –  na tym trzeba zbudować sensowną strukturę zajęć, obserwując reakcje, których nie da się jednoznacznie odczytać.

Kiedy brakuje fundamentu, przychodzą schody.

Osoba która zafascynowała się gordonkami otwiera swoje zajęcia. Na początku stara się robić to tak, jak widziała u nas albo u innych, wykwalifikowanych instruktorów gordonowskich – bez słów, bez instrumentów, na materiale muzycznym w różnych skalach i różnym metrum. Przez pierwsze tygodnie wszystko wygląda nieźle. Ale bez zrozumienia teorii uczenia się muzyki, bez wiedzy o etapach rozwoju muzycznego dziecka i o audiacji, coś zaczyna się psuć. I wtedy zaczynają się schody. Rodzice nie zapisują dzieci na kolejne gordonki bo trochę nie widzą sensu przychodzenia na te zajęcia. Robi się coraz więcej chaosu, dzieci się rozpierzchają, trudno utrzymać ich uwagę. Prowadzący nie bardzo rozumie, co poszło nie tak, bo przecież stara się robić dokładnie to, co widział i z jego perspektywy wszystko jest dobrze.

I to jest dokładnie ten moment, w którym pojawia się pokusa najprostszego rozwiązania: dzwoneczki, shakery, ukulele, znana wszystkim piosenka ze słowami, żeby dorośli mogli razem zaśpiewać i poczuć, że coś im wychodzi. To działa natychmiast! Rodzic jest zadowolony bo w końcu rozpoznaje coś znajomego, zajęcia wyglądają efektownie. Tylko że to jest właśnie ta łatwizna, przed którą przestrzegamy. Instrumenty, słowa, znane melodie same w sobie nie są złe, ale wprowadzone zbyt wcześnie zabierają dziecku coś bardzo ważnego – przestrzeń do rozwijania audiacji, czyli zdolności słyszenia i rozumienia muzyki „w głowie”, zanim jeszcze będzie umiało ją zaśpiewać czy zagrać. Kiedy dorosły wypełnia tę przestrzeń gotowym, gorszym w kontekście rozwojowym materiałem, robi to zwykle po to, żeby samemu poczuć się lepiej na zajęciach a nie dlatego, że to służy dziecku.

Nazwa ma znaczenie.

Musicie wiedzieć, że każda ekspozycja dziecka na żywą muzykę jest dobra. Zajęcia, na których dorosły śpiewa z dzieckiem, gra na instrumencie, tworzy wspólną chwilę przy muzyce, nawet jeśli nie mają wiele wspólnego z teorią Gordona – mają wartość. Problem nie leży w tym, że ktoś, kto zachwycił się dobrymi zajęciami gordonowskimi, otwiera własne zajęcia umuzykalniające, inspirowane tym, co zobaczył. Problem pojawia się wtedy, kiedy nazywa je „gordonkami”, nie mając do tego solidnych podstaw. To jest wprowadzanie rodzica w błąd, bo rodzic zapisuje dziecko z konkretnym oczekiwaniem a dostaje coś zupełnie innego pod tą samą nazwą.

I chcę tu też mocno podkreślić, że jeśli ktoś prowadzi zajęcia, które nie są jeszcze najwyższej jakości, ale jednocześnie jest w trakcie porządnego, rocznego kursu gordonowskiego albo planuje go w najbliższym czasie – bardzo mocno mu kibicujemy. To piękna droga, sami nią przeszliśmy i wciąż nią idziemy, bo nasze zajęcia nie są doskonałe i wciąż się uczymy (ale to temat na zupełnie inny tekst). Odkrywanie kolejnych warstw teorii uczenia się muzyki, których wcześniej się nie zauważało, jest jedną z najbardziej satysfakcjonujących rzeczy w tej pracy. Jest fundamentalna różnica między kimś, kto się rozwija w stronę rzetelności a kimś, kto zatrzymuje się na etapie skopiowanej formy i nazywa to gotowym produktem.

Jak rozpoznać dobre zajęcia gordonowskie.

Jako rodzice nie musicie znać teorii Gordona, żeby wybrać dobre miejsce dla swojego dziecka. Nie polecamy przepytywania prowadzącego z wykształcenia przy wejściu do sali – to niezręczne i niewiele wnosi, bo każdy powie że ukończył jakiś kurs. Znacznie więcej powie Wam samo obserwowanie zajęć. Oto na co warto patrzeć:

– Czy w sali są instrumenty.

Na dobrych zajęciach gordonowskich dla niemowląt i małych dzieci instrumentów zwykle nie ma wcale albo pojawiają się bardzo rzadko i świadomie. Ich stały, częsty udział w trakcie zajęć to sygnał, że ktoś sięga po szybki efekt zamiast po proces. Jednak jeśli instrumenty pojawiają się po zajęciach nie miej obaw, może to być ciekawa i wartościowa forma zaznajamiania się dziecka z brzmieniem instrumentów.

– Czy piosenki i rytmiczanki są w większości bez słów.

Melodie i rytmiczanki bez tekstu pozwalają dziecku skupić się na warstwie muzycznej, zamiast na języku.

– Czy zajęcia są spokojne, czy przypominają show.

Dobre zajęcia gordonowskie nie mają w sobie efekciarstwa. Jest spokój i skupienie.

– Czy są momenty ciszy.

Cisza podczas zajęć gordonowskich to nie przypadek ani niezręczna przerwa. To świadomie dany dziecku czas na to, żeby usłyszaną muzykę „przetworzyć” w głowie, zanim padnie kolejny dźwięk.

– Czy prowadzący reaguje na dziecko w sposób muzyczny.

Kiedy dziecko wydaje jakiś dźwięk, gaworzy, porusza się w trakcie muzyki wykwalifikowany prowadzący odpowiada mu muzycznie, śpiewem czy ruchem, zamiast słowną pochwałą albo przejściem od razu do kolejnej piosenki.

– Czy uwaga prowadzącego jest skierowana na dzieci, czy na dorosłych.

To bardzo czytelny sygnał. Jeśli prowadzący cały czas patrzy na rodziców, szuka ich uśmiechu, żartuje głównie do nich – to zajęcia są w gruncie rzeczy dla dorosłych. Dobry prowadzący obserwuje dzieci, reaguje na nie, a rodzicom daje spokojną przestrzeń do bycia obok.

– Jak czuje się Wasze dziecko.

To ostatecznie najważniejsza wskazówka. Nie chodzi o to, czy dziecko cały czas się śmieje i tańczy – na dobrych zajęciach gordonowskich równie często jest po prostu skupione, obserwuje, słucha, czasem siedzi zupełnie nieruchomo. Jeśli czuje się bezpiecznie, jest zaciekawione i chętnie wraca – to bardzo dobry znak, niezależnie od tego, ile dyplomów wisi na ścianie sali.

Koszyk

Tu Wszystko Gra – zajęcia gordonowskie

Używamy plików cookie na naszej stronie internetowej, aby zapewnić Ci najbardziej odpowiednie wrażenia dzięki zapamiętywaniu preferencji i powtarzaniu wizyt.

Klikając „OK”, wyrażasz zgodę na użycie wszystkich plików cookie. Szczegóły znajdziesz w Polityce prywatności.

Przewijanie do góry