Większość muzyki dla dzieci jest dowodem na to, że dorośli uważają dzieci za idiotów

Zacznijmy od zdania, które pewnie komuś zepsuje poranną kawę: piosenki, które słyszy dzisiaj przeciętny dwulatek, są mniej wymagające muzycznie niż sygnał oczekiwania na infolinii. I nie mówię tego, żeby kogoś obrazić – mówię to, bo pięć lat pracy w duchu teorii uczenia się muzyki Gordona nauczyło mnie jednej rzeczy: dzieci nie potrzebują muzyki uproszczonej. One potrzebują muzyki bogatej, tylko podanej w odpowiedni sposób. A to, co dostają zamiast tego, to głównie hałas z piskliwą barwą głosu, w metrum które prawie nigdy nie odważy się wyjść poza dwudzielny schemat i w tonacji tak jednostajnej, że audiacja czyli to, co Gordon uważał za samą istotę muzycznego myślenia nie ma najmniejszych szans się rozwinąć.

Infantylizacja nie jest tym samym co dostosowanie do wieku

Tu trzeba coś rozdzielić, bo bardzo łatwo wrzucić wszystko do jednego worka. Dostosowanie do wieku w duchu teorii uczenia się muzyki Gordona oznacza coś zupełnie innego niż to, co rozumie przez to przemysł rozrywkowy dla dzieci. Dostosowanie do wieku to krótkie, zróżnicowane treści muzyczne, to brak tekstu tam, gdzie tekst przeszkadzałby w słuchaniu samej muzyki, to prowadzenie dziecka przez różnorodność tonalną i metryczną, zanim jeszcze zacznie ono mówić pełnymi zdaniami. Infantylizacja natomiast to założenie, że skoro dziecko jest małe, to jego uszy nie potrzebują słuchać tonacji miksolidyjskiej, metrum nieregularnego, ani melodii, które nie rozwiązuje się grzecznie na tonice po czterech taktach. To jest dokładnie odwrotność tego, co pokazują badania rozwojem muzycznym człowieka. Niemowlę, które słyszy wyłącznie durowe, dwumiarowe, przewidywalne piosenki zostaje okradzione z materiału, na którym mogłoby budować swój słownik tonalny i rytmiczny.

Plastikowe przeboje dla dzieci

Weźmy typowy przebój z platformy streamingowej dla najmłodszych. Nie będę wskazywać tytułów palcem, bo każdy rodzic ma w głowie swój prywatny koszmar, który śpiewa mu się sam o trzeciej nad ranem. Taka piosenka zwykle ma dwie funkcje harmoniczne, powtarzalny schemat rytmiczny, jedną dynamikę i jeden nastrój przez całe trzy minuty. To jest muzyczny odpowiednik plastikowej zabawki z jednym przyciskiem, która zawsze wydaje ten sam dźwięk. Dziecko bawi się nią chwilę, a potem odkłada, bo mózg – nawet ten kilkumiesięczny – szuka różnorodności i nowości. Gordon powtarzał, że dzieci potrzebują ekspozycji na wiele tonalności i wiele metrów, najlepiej bez słów, żeby audiacja mogła się rozwijać w sposób naturalny, tak jak rozwija się mowa poprzez ekspozycję na różnorodne wzorce językowe. Tymczasem cała gałąź przemysłu muzycznego robi dokładnie odwrotnie – zamyka dziecko w jednej tonalności, jednym metrum i jednym stylu, dodatkowo często nazywa to „edukacją muzyczną”.

Kwestia jakości wykonania, czyli kto to w ogóle śpiewa

Jest jeszcze jeden wątek, o którym mało kto mówi wprost a który mnie jako praktyka boli bardzo mocno – jakość samego wykonania. Wiele nagrań dla dzieci brzmi tak jakby ktoś uznał, że skoro odbiorca ma dwa lata, to głos wykonawcy może być nieczysty, rytmicznie niechlujny i pozbawiony jakiegokolwiek charakteru. A przecież to właśnie ten głos staje się dla dziecka modelem! Czyli wzorcem do naśladowania w procesie audiacji. Jeśli ten wzorzec jest fałszywy, sztywny i pozbawiony ekspresji, dziecko uczy się fałszu, sztywności i braku ekspresji jako normy. To trochę tak, jakby uczyć kogoś czytać z tekstu pełnego błędów ortograficznych, tłumacząc że przecież to dla dzieci, więc błędy nie mają znaczenia. Otóż mają. Dziecięcy słuch nie jest gorszej jakości niż słuch dorosłego – jest po prostu mniej doświadczony, co oznacza że tym bardziej potrzebuje dobrych wzorców muzycznych.

A gdzie w tym wszystkim cisza?

Rzecz, której prawie nikt nie bierze pod uwagę, projektując muzykę dla najmłodszych, to potrzeba przestrzeni. Gordon mówił wyraźnie o czasie potrzebnym na to, żeby dziecko mogło audiować usłyszany wzorzec, zanim dostanie kolejny bodziec. Tymczasem współczesna muzyka dla dzieci działa na zasadzie nieustannego bombardowania – jeden dźwięk zlewa się z drugim, żeby przypadkiem nie było ani sekundy ciszy, w której mogłoby się pojawić coś tak niebezpiecznego jak samodzielna myśl dziecka. To podejście bardziej przypomina logikę reklamy niż logikę rozwoju. Chodzi o to, żeby utrzymać uwagę za wszelką cenę a nie o to, żeby coś w tej uwadze faktycznie się wydarzyło.

Żeby nie przesadzić bo nie wszystko jest złe

Uczciwie trzeba jednak powiedzieć, że nie każda piosenka dla dzieci jest muzyczną katastrofą i nie każdy twórca traktuje młodego odbiorcę jak kogoś, kto i tak niczego nie zrozumie. Istnieją nagrania, często mniej komercyjne i mniej wypromowane algorytmicznie, które szanują dziecko jako słuchacza. Problem nie polega na tym, że dobra muzyka dla dzieci nie istnieje, tylko na tym, że nie jest ona tą najłatwiej dostępną, najgłośniej promowaną i najczęściej odtwarzaną z automatu w samochodzie o siódmej rano, kiedy rodzic ma już dość i włącza cokolwiek, żeby kupić sobie pięć minut spokoju. To zrozumiałe z perspektywy zmęczonego opiekuna. Nie zwalnia to jednak twórców z odpowiedzialności za to, co produkują na skalę milionów odtworzeń.

Co z tym zrobić, skoro już się zdenerwowaliśmy

Dobra wiadomość jest taka, że rozwiązanie nie wymaga rewolucji, tylko drobnej zmiany nawyku. Warto sięgać po materiał, który nie boi się ciszy, różnorodności tonalnej i metrycznej, oraz po wykonania, w których słychać, że ktoś naprawdę śpiewa czysto, rytmicznie i z charakterem a nie tylko głośno i wesoło. Dzieci nie proszą o infantylizm. To dorośli zakładają, że tego chcą, bo tak jest wygodniej i taniej w produkcji. A audiacja, w przeciwieństwie do algorytmu rekomendacji, nie znosi drogi na skróty.

Koszyk

Tu Wszystko Gra – zajęcia gordonowskie

Używamy plików cookie na naszej stronie internetowej, aby zapewnić Ci najbardziej odpowiednie wrażenia dzięki zapamiętywaniu preferencji i powtarzaniu wizyt.

Klikając „OK”, wyrażasz zgodę na użycie wszystkich plików cookie. Szczegóły znajdziesz w Polityce prywatności.

Przewijanie do góry